Po udanej pierwszej edycji „Szczytowych Wypraw AGD & RTV” przyszedł czas na kolejne wyzwanie. Tym razem poprzeczka została zawieszona znacznie wyżej — dosłownie i w przenośni. Celem drugiej edycji był Ararat (5137 m n.p.m.), najwyższy szczyt Turcji i jedno z najbardziej legendarnych miejsc na mapie świata.

To góra owiana mitami, położona na styku kultur, historii i surowej natury. A jednocześnie idealne miejsce, by w ekstremalnych warunkach przetestować sprzęt AGD & RTV naszych partnerów.

W drugiej edycji postanowiliśmy pobawić się formą i obok samej wyprawy stworzyć krótkie, przemyślane rolki z pomysłem, które w nowoczesny i momentami lekki sposób opowiadają historię tej drogi oraz pokazują produkty naszych partnerów w realnych warunkach.

Granita z lodu z lodowca 🧊
Obiecałem granitę z lodu prosto z lodowca… więc poszedłem po nią na Ararat, 5137 m n.p.m.
Niektórych obietnic nie da się spełnić na skróty ❄️

Marzenie na szczycie – Kakto ⛰️
Są marzenia, które zaczynają się w sklepie, a kończą na ponad 5000 metrów.
Dzięki Kakto ta droga naprawdę doprowadziła mnie na szczyt.

Lunchbox Noveen 🍱
Gdy restauracje są zamknięte, a plan się sypie, liczy się jedno: ciepły posiłek.
Noveen Lunch Box to gadżet, który uratował mi więcej niż jedną podróż.

Włoska vs turecka kawa ☕
Zabrałem włoską kawiarkę na drugi koniec Turcji, żeby sprawdzić jedno.
Która kawa wygrywa — włoska czy turecka?

Zanim pojawiła się góra

Wszystko zaczyna się jeszcze w Europie. Lotnisko w Krakowie, plecaki cięższe niż zwykle, bo tym razem lecimy nie tylko w góry. Lecimy z pomysłem, który brzmi dobrze w teorii, ale dopiero później okaże się, jak bardzo jest absurdalny w praktyce.

Stambuł wita nas nocą. Hotel na obrzeżach lotniska, cisza, zmęczenie i jedna szybka informacja: kuchnia zamknięta. Zero opcji na ciepły posiłek, a jutro kolejny lot.

W pokoju hotelowym, wśród porozrzucanych plecaków i sprzętu, pojawia się Noveen Lunch Box LB725. Kilka minut później jemy ciepły posiłek, podgrzany bez kuchni, bez restauracji, bez kombinowania. Mały detal, który w podróży robi ogromną różnicę.

Jeszcze nie wiemy, że to dopiero pierwszy raz, kiedy sprzęt realnie uratuje nam dzień.

Samolot siada w Iğdır. Małe lotnisko, gorące powietrze i krajobraz zupełnie inny niż wszystko, co znamy z Europy. Tu nie ma turystycznych folderów, kawiarni specialty i hoteli z basenem. Jest wschodnia Turcja, surowa, autentyczna i bez filtra.

Z lotniska odbiera nas lokalna agencja. Pakujemy plecaki do busa i ruszamy w stronę Doğubayazıt — miasta, które dla większości ludzi jest tylko kropką na mapie. Dla nas to ostatni przystanek przed Araratem.

Droga ciągnie się przez rozległe stepy. Po horyzont — kurz, konie, pojedyncze zabudowania i góry, które z każdą minutą wydają się coraz większe. To tutaj zaczyna się historyczny Kurdystan. Region, w którym ludzie żyją według własnych zasad, a Ararat nie jest „szczytem”, tylko świętą górą.

W Doğubayazıt mamy chwilę oddechu. Sprawdzamy sprzęt, poprawiamy paski plecaków, wertujemy mapy. Przewodnicy — Kurdowie, którzy wychowali się u stóp Araratu — opowiadają historie, których nie znajdziesz w Google. O koniach schodzących zimą z wyższych partii. O burzach śnieżnych pojawiających się w godzinę. I o Arce Noego, bo według lokalnych legend to właśnie tutaj miała osiąść po potopie.

Pierwsze kroki w górę

Rano bus zostawia nas u stóp masywu. Dalej już tylko pieszo. Ararat od tej strony jest ogromny, surowy i bezlitosny w swojej prostocie. Nie próbuje być ładny. Po prostu jest.

Idziemy wolno. Słońce grzeje, plecaki ciągną ramiona w dół, a każdy kolejny krok oddala nas od świata, który znamy. Po kilku godzinach marszu docieramy do Base Camp 1.

Obóz zaskakuje. Solidne namioty, wspólna przestrzeń i — co w tym miejscu brzmi niemal absurdalnie — prąd.

To tutaj pojawia się nasz pierwszy rytuał.
Wyciągamy Ariete Mokina 1358. Włoska kawiarka na wysokości ponad 3000 metrów robi wrażenie nie tylko na nas. Kilka łyków wystarcza, by wywołać uśmiech na twarzach przewodników.

Nie trzeba długo dyskutować.
Werdykt zapada szybko.
Włoska kawa wygrywa.

W górę, żeby móc wrócić wyżej

Kolejny dzień to spokojne wychodzenie w górę i jeszcze spokojniejszy powrót. Nabieramy wysokości, oswajamy organizm, patrzymy na Ararat z coraz bliższej perspektywy.

Tu nie ma pośpiechu. Jest czas na zdjęcia, nagrania i słuchanie opowieści. Ararat odsłania się powoli. Cisza, przestrzeń i poczucie, że jesteśmy bardzo daleko od wszystkiego, co codzienne.

Wieczorem, już w obozie, testujemy kolejne rozwiązanie. Liofilizat przygotowany w Noveen Lunch Boxie. Prosto, bezpiecznie, skutecznie.

Cisza przed nocą

Przenosimy się wyżej. Base Camp 2 leży już w zupełnie innym świecie. Powietrze jest rzadsze, rozmowy krótsze, a każdy ruch bardziej przemyślany.

Po rozstawieniu namiotów wracamy do naszej rutyny. Kawiarka, kilka łyków kawy, chwila normalności na wysokości ponad 4000 metrów.

Wszyscy wiedzą, że to ostatni spokojny moment.
Tej nocy wychodzimy.

–25°C i granita z lodowca

Pobudka o północy. Ciemność, wiatr i mróz, który nie zostawia złudzeń. Odczuwalnie około –25°C. Wychodzimy około pierwszej w nocy.

Każdy krok kosztuje. Każdy oddech jest walką. I właśnie wtedy dzieje się coś, co najlepiej opisuje sens tej wyprawy.

Niesiemy ze sobą Ariete Party Time Sweet Granita 76.

Granita z lodu prosto z lodowca. Warunek, od którego miała zależeć randka. Pomysł, który w teorii brzmiał absurdalnie — a teraz właśnie się realizuje.

Około siódmej rano stajemy na 5137 m n.p.m.
Widoczność słaba. Wiatr silny. Zmęczenie ogromne.
Ale lód jest. Cel jest. Historia się domyka.

Jeszcze tego samego dnia schodzimy do obozu, pakujemy namioty i schodzimy aż na sam dół. Późnym popołudniem wracamy do Doğubayazıt.

Historia, legenda i regeneracja

Pałac Ishaka Paszy, opowieści o Arce Noego, spacery po mieście. Dzień spokojniejszy, potrzebny, pozwalający złapać dystans do tego, co wydarzyło się dzień wcześniej.

Wieczorem hamam. Cisza. Ciepło. Reset.

Turcja poza schematem

Wodospady Muradiye i jezioro Van pokazują zupełnie inne oblicze regionu. Mniej surowe, ale wciąż autentyczne.

Przez cały dzień towarzyszy nam termos Leifheit Coco — sprawdzony wcześniej w górach i na lodowcu, teraz w spokojniejszym rytmie drogi.

Ostateczny kawowy werdykt

Wracamy do Stambułu. Zwiedzamy miasto i wracamy do tematu, który przewijał się przez całą wyprawę.

Dzięki uprzejmości lokalnego restauratora przygotowujemy dwie kawy:
turecką i włoską — z Ariete Mokina 1358.

To symboliczne zakończenie tej historii.
Bo Ararat to nie tylko góra.
To droga, ludzie, sprzęt i pomysły, które brzmią szalenie — dopóki nie zostaną zrealizowane.

17 września wracamy do Krakowa. Lotnisko wygląda tak samo jak dwa tygodnie wcześniej, ale my już nie do końca jesteśmy ci sami. W głowie wciąż mamy wiatr na grani, mróz szczypiący w twarz i ciszę, która na Araracie potrafi być głośniejsza niż jakikolwiek dźwięk.

Ta wyprawa nie była tylko o wejściu na 5137 metrów.
Była o drodze — tej długiej, męczącej, pełnej przesiadek, kilometrów i nieoczywistych decyzji. O miejscu, gdzie Europa się kończy, a zaczyna Kurdystan. O legendach, które wciąż żyją w opowieściach ludzi mieszkających u stóp góry.

Była też o sprawdzaniu granic — własnych i sprzętowych. O kawie parzonej na czterech tysiącach metrów, o ciepłym posiłku zjedzonym w środku nocy na lotnisku, o granicie przygotowanej z lodu, który jeszcze kilka godzin wcześniej był częścią lodowca.

Ararat zostaje na swoim miejscu.
Nie trzeba go zdobywać ponownie.

Ale historie, które tam powstały, zostają z nami na długo.
I dokładnie o to chodzi w Szczytowych Wyprawach AGD & RTV.

To nie są tylko góry.
To są opowieści, które zaczynają się dużo wcześniej — i kończą dużo później niż na szczycie.

Druga edycja Szczytowych Wypraw AGD & RTV nie wydarzyłaby się bez partnerów, którzy zaufali pomysłowi jeszcze zanim stał się planem, a planowi — zanim zamienił się w realną drogę prowadzącą na ponad pięć tysięcy metrów.

Dziękujemy markom i zespołom, które były z nami na każdym etapie tej wyprawy — od pierwszych kilometrów, przez lodowiec, aż po powrót do domu:

Dzięki Wam ta historia mogła wydarzyć się naprawdę — w ruchu, w terenie, w warunkach, które nie wybaczają przypadkowych decyzji. Sprzęt, wsparcie i zaufanie partnerów były integralną częścią tej drogi.

Bo Szczytowe Wyprawy to nie tylko góry.
To ludzie, relacje i wspólne projekty, które sięgały znacznie wyżej niż sam szczyt Araratu.